RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Polska literatura kryminalna’

Katarzyna Bonda – „Okularnik”

21 wrz

Jak na wielką fankę kryminału przystało, pobiegałam do księgarni, gdy tylko Okularnik pojawił się w przedsprzedaży. Po lekturze Pochłaniacza byłam ciekawa co tym razem polska królowa kryminału zaserwowała swoim fanom. I jak to zwykle bywa… książka leżała wiele tygodni na półce i chociaż codziennie wołała o przeczytanie – nie miałam czasu… Aż do momentu, gdy miałam przed sobą wielogodzinną podróż. 11 godzin w pociągu sprzyja czytaniu, szczególnie kryminałów.
Biorę książkę do ręki, „nie ma ciała nie ma zbrodni” – czytam zdanie z okładki. Zapowiada się intrygująco. Otwieram. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału przychodzi znajomy dreszczyk, po którym wiem, że książka całkowicie mnie pochłonie. Przynęta została zarzucona i chwyciła. Jestem zaciekawiona, w napięciu czytam dalej. I… zostałam zarzucona historią rodzinną, sięgającą kilku pokoleń. A wątek kryminalny? Lekko się zatarł. Nie myślałam już co się stało z ciałem, kto i dlaczego zabił. Zastanawiałam się jak miała na imię ciotka siostry babki mieszkająca na granicy i czy w tym momencie Bonda pisze o niej czy może o jej sąsiadce. Fakt. Historia rodzinna była potrzebna, gdyż bez tego czytelnik nie zrozumiałby pomysłu autorki na zbrodnię. Ale czy, mając na myśli kryminał, jako gatunek, było to konieczne aż w takim stopniu? Może to moja wina, gdyż zawsze mam problem z zapamiętywaniem imion. Może powinnam podczas czytania wyrysować drzewo genealogiczne (a może powinno być dołączone do książki?) i później rzut oka na notatki poukładałby mi wszystko. Może. Ale w czytaniu literatury popularnej chodzi przede wszystkim o przyjemność z lektury, a nie gruntowne dokumentowanie fabuły i robienie notatek, w celu przyswojenia wiedzy.
Ktoś kiedyś powiedział, że dobry kryminał to taki, po przeczytaniu którego czytelnik czuje się jak głupek, Zgadzam się! Ale czuje się tak dzięki żelaznej logice, poukładaniu i nadzwyczaj prostym wyjaśnieniu, którego ani przez chwile się nie spodziewał, tworząc własne zagmatwane rozwiązania. A nie dlatego, że gdzieś na początku zapomniał imienia babki i już zupełnie nie wie o co chodzi. Bo chyba nie imię jest tu najważniejsze, ale akcja. Nie mówię w ten sposób, że ksiażka była zła. Była dobra, nawet bardzo dobra! Ale czy była dobrym kryminałem? Punkt widzenia zależy od punktu… czytania, więc pewnie wiele osób odkrzyknie, że „tak, była rewelacyjna!”. Ja mam mieszane uczcia. Dla mnie Bonda jest bez wątpienia polską królową, ale reportażu. Jej precyzja, dbałość o najmniejszy szczegół, zachowanie ciągu przyczynowo-skutkowego jest mistrzowskie. Ale biorąc do ręki książkę z gatunku „kryminał” mam trochę inne oczekiwania czytelnicze. Hmm.. może po prostu jestem prostym, niewiele wymagającym czytelnikiem.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Katarzyna Bonda

 

Mariusz Czubaj – Piąty beatles

28 lip

W opuszczonym magazynie policja znajduje zwłoki młodego mężczyzny. Chłopak zmarł na skutek wycieńczenia i odwodnienia. Ktoś najwyraźniej chciał, aby cierpiał przed śmiercią. Wstępne śledztwo wykazuje, że chłopak był synem znanego biznesmena. Niezywkle inteligentnym studentem i utalentownym muzykiem. Zespół, w którym grał był jedną z przyczyn jego konfliktów z ojcem. Przed zaginięciem Kamila, młodzieniec pokłócił się z ojcem, a rodzinie ktoś groził.
Scena zbrodni mogłaby świadczyć o porachunkach, jednak jeden szczegół nie pasował – fotografia The Beatles. Obok ciała znaleziono okładkę płyty Abbey Road. 
Po pewnym czasie policja znajduje kolejne zwłoki, wydawałoby się, przypadkowych mężczyzn. A mordestwa wystylizowane zostały w beatlesowym stylu. Na szczęście komisarz Rudolf Heinz też jest fanem muzyki. Profiller przez wiele miesięcy próbuje rozwikłać, dlaczego morderca wybrał sobie akurat Beatlesów, jako inspirację zbrodni. Kluczem okazuje się okładka płyty, znaleziona przy pierwszym ciele – członkowie zespołu idący w kondukcie żołobnym i przypadkowy świadek w tle. Czyżby piąty beatles?
Śledztwo przeplata się z wydarzeniami z życia profillera. Okazuje się, że jego syn bierze ślub i prosi go, aby podczas uroczystości zagrali wspólnie znane kawałki. To wtedy do Heinza dociera wszystko. W momencie ślubu rozwiązuje przerażajacą zagadkę beatlesów…
W polskiej powieści kryminalnej można już mówić o „stylu Czubaja” – humor, rozdmuchana sprawa z zaskakująco prostym i niespodziewanym zakończeniem, luźny język, sporo ironii, muzyki i poigrywania z współczesności. Bez wątpieniaPiąty Beatles to typowo czubajowy kryminał.
(epilog równie ciekawy jak cała ksiażka, a ironia z listonoszem – mistrzowska!) :-)
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Mariusz Czubaj

 

Kwestja krwi – Marcin Wroński

04 mar

Zamość, 1926 rok. Poznajemy Zygę Maciejewskiego w momencie, gdy przerywa studia prawnicze, zostaje aspirantem i rozpoczyna pracę tajniaka w policji w Zamościu. Pierwsza sprawa jaką dostaje dotyczy zaginionej dziewczyny. Z pozoru łatwa, ciągnie się latami i… nie kończy pomyślnie.

 

Radca prawny, zupełnie przypadkowo znajduje w ogrodzie zoologicznym zakrwawioną rękawiczkę. I chociaż jest ona dość zniszczona, zauważa inicjały właścicielki. Ponieważ podejrzewa, do kogo rękawiczka może należeć, zgłasza sprawę policji, prosząc o dyskrecję, gdyż nie chce, żeby ktokolwiek łączył go z zaginięciem dziewczyny.

 

Śledztwo Maciejewskiego wykazuje, że dziewczyna, z pozoru grzeczna i ułożona, niejedno miała na sumieniu. Czy aż tyle, by ktoś ją chciał zlikwidować? Anna to przeciętna uczennica. Nie dałaby sobie rady bez korepetycji. Dlatego raz w tygodniu odwiedza ją starszy kolega z gimnazjum męskiego i pomaga w przyswojeniu materiału z przyrody czy matematyki. Dziewczyna nie wie, że jej korepetytor jest w niej szaleńczo zakochany. Chłopak codziennie chodzi do kościoła i często udziela się we wszystkich katolickich wydarzeniach. Dlatego wiadomość o tym, że, zdaniem znajomych, przyszły ksiądz, pisze erotyczne wiersze o swojej uczennicy, staje się prawdziwym szokiem. Tak wielkim, że chłopak, być może jedyna osoba, która wie gdzie jest Anna, próbuje popełnić samobójstwo. Badając sprawę zaginięcia, Maciejewski odwiedza rodzinną miejscowość dziewczyny i poznaje jej twardego i wyniosłego ojca, a także siostrę i jej narzeczonego, z którym (uwaga) Anna miała romans. Prawdopodobnie dziewczyna zaszła w ciążę z przyszłym mężem swojej siostry. Jej zniknięcie byłby więc na rękę dosłownie wszystkim.

 

Maciejewski ma o tyle trudne zadania, że jest w Zamościu nowy, a wszyscy z policji patrzą mu na ręce i żądają natychmiastowego zakończenia sprawy, niezależnie od wyników śledztwa. Czy Zyga poradzi sobie z pierwszym prawdziwym dochodzeniem? Przekonamy się, że ta sprawa będzie się za nim ciągnęła latami…

 

Narracja prowadzona jest na dwóch płaszczyznach, w momencie otrzymania sprawy przez aspiranta, oraz po latach, gdy Zyga jest trenerem boksu i przypadkowo ma zatargi z Milicją Obywatelską. Obie płaszczyzny łączy osoba, która miała szczególny udział w zniknięciu Anny. Maciejewski przypomina Marlowe’a z powieści Chandlera czy bohaterów Marka Krajewskiego. Jest twardym, nieugiętym gliną, który nie zawsze prowadzi śledztwo według policyjnych reguł.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Marcin Wroński

 

Zygmunt Miłoszewski – Gniew

12 paź

Ta recenzja bierze udział w konkursie.

Nie jest żadną tajemnicą, że w moim mniemaniu Miłoszewski jest najlepszym polskim pisarzem. Świadczy o tym nie tylko ogromna, wręcz rekordowa liczba sprzedanych egzemplarzy. Nawet nie wielość przekładów na języki obce (9!), czy zagraniczne nagrody. Ale liczba oddanych, wiernych czytelników, którzy odliczają dni do premiery najnowszej książki. Sama, gdy tylko pojawiła się wiadomość, że książka już jest, pobiegłam do księgarni. Jednocześnie z ciekawością i niechęcią zabrałam się do czytania. Dlaczego z niechęcią? Bo Gniew jest ostatnią częścią kryminalnej trylogii o „przygodach” prokuratora Teodora Szackiego. Trochę zrzędliwego, marudnego, ale niezwykle inteligentnego i przenikliwego mężczyzny, który podejmuje się spraw trudnych, skomplikowanych i tak bardzo polskich. Ciężko pożegnać się z takim bohaterem. Zwłaszcza, że we współczesnej literaturze takich wyrazistych i głębokich postaci jest niewiele.

Teodor Szacki po zawiejach życiowych (UwikłanieZiarno prawdy) osiedla się w końcu w Olsztynie. Stopniowo porządkuje swoje życie osobiste: mieszka z trochę szaloną, w dobrym tego słowa znaczeniu, kobietą o imieniu Żenia oraz wbrew płaczom i błaganiom nastolatki, ze swoją 16-letnią córką Helą. Pracuje oczywiście w prokuraturze zajmując się drobnymi przestępstwami, popełnianymi na prowincjach. I z całej siły, ku oburzeniu lokalnych patriotów, nienawidzi miasta 11 jezior. Gdzie jest szaro, ponuro, nawet śnieg przypomina lejące się z nieba błoto, a układ ulic w mieści projektował jakiś pijak nie mający pojęcia o ruchu drogowym i jego usprawnieniu. Jednym słowem spokój, rutyna i potrzebna, od czasu do czasu, irytacja.

Aż pewnego dnia prokurator Szacki zostaje telefonicznie wezwany do odfajkowania Niemca, jak nazywają tutejsi przedwojenne szczątki. Po przeprowadzeniu rutynowych czynności odsyła szkielet do uczelni medycznej, tam w końcu przyda się najbardziej. Ale jeden telefon sprawia, że Szacki staje przed najtrudniejszą sprawą w całym swoim życiu i po raz pierwszy znajduje się po drugiej stronie sprawiedliwości. Okazuje się, że znalezione kości nie są wcale przedwojenne. Ani nawet kilkuletnie. Są to szczątki zaginionego przed tygodniem mężczyzny! Jakim cudem w ciągu kilku dni z dobrze zbudowanego, silnego mężczyzny została sterta kości? W tym celu Szacki bierze udział w eksperymencie przeprowadzanym przez doktora Frankensteina (to nie żart!) i jego asystentkę. Naukowcy odkrywają, że mężczyzna został… rozpuszczony żywcem w kwasie podobnym do tego, który służy do udrażniania rur. Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby bestialsko zamordować ofiarę. Tylko dlaczego? Ta przerażająca zbrodnia jest dopiero wstępem, do mających rozegrać się w Olsztynie zagadek kryminalnych. Powoli zostają okaleczone osoby w jakiś sposób zamieszane w przemoc domową. Mężczyzna, który dręczył żonę psychicznie, sąsiad, który nie pomógł, chociaż słyszał krzyki i prokurator zmęczony życiem, który zlekceważył sygnał wysyłany przez prześladowaną kobietę. Tym prokuratorem jest Teodor Szacki. Nie dość, że walczy o rozwiązanie przerażającej zbrodni to jeszcze musi zachować zimną krew i ochronić najbliższą mu osobę przed szaleńcem, owładniętym ideą samosądów i manią sprawiedliwości. Po praz pierwszy w życiu Szacki posunie się do ostateczności i zrozumie co czują przesłuchiwani przez niego oskarżeni.

Genialna powieść Zygmunt Miłoszewskiego, laureata wielu nagród, w tym Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną i sensacyjną. Wciągająca intryga, niesamowita akcja i rewelacyjne, inteligentne niekiedy ironiczne, poczucie humoru. Książki Miłoszewskiego mają w sobie pewien urok. Nie da się ich czytać jednym tempem. Potrafią przestraszyć, rozśmieszyć, wzruszyć. Autor ze zwyczajnej, codziennej sceny potrafi zrobić prawdziwy stand-up, którego nie powstydziliby się zawodowi komicy. Co rzuca się w oczy, to niezwykła precyzja w dobieraniu szczegółów i ogromna erudycja autora. Miłoszewski zachwyca każdym rozdziałem. Jego, znana już z poprzednich części, technika rozpoczynania akcji od przytoczenia wycinków z gazet, dotyczących świata, kraju, regionu, przeplatana sarkastycznymi komentarzami, zakończona uwagą o aktualnej pogodzie, jest niezwykle ciekawym, dopełniającym akcję, zabiegiem literackim. Głęboko zakorzeniona intryga i wyraziste postaci, dopełniają obraz kryminalnej szarady. Z każdą częścią widzimy zmianę Teodora Szackiego. Z ambitnego, młodego prokuratora (Uwikłanie), po przechodzącego kryzys, zaliczającego przygody miłosne,  rozwodnika (Ziarno prawdy), aż po statecznego mężczyznę próbującego ułożyć życie na nowo (Gniew).

Pożegnanie z Szackim jest zapewne trudne dla każdego czytelnika, śledzącego od początku jego prokuratorskie sprawy. Fakt, że ostatnia część ma zakończenie otwarte pozostawia nadzieję, że być może kiedyś autor zmieni zdanie i powróci do ulubionego przez Polaków prokuratora. Miejmy taką nadzieję!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Zygmunt Miłoszewski

 

Marek Krajewski – Władca liczb

22 wrz

Ta recenzja bierze udział w konkursie.

„Ujrzyj sens i potężne działanie liczb

nie tylko w świecie bogów i demonów,

ale także we wszystkich ludzkich czynach i słowach…”

 

 

Wrocław 1956 rok. Z Odry wyłowiono troje samobójców. Zadziwiający jest fakt, że każda z utopionych osób najpierw zażyła arszenik, a dopiero później rzuciła się w wir rzeki. Jakby obawiali się, że ktoś w ostatniej chwili ich uratuje, dlatego popełnili samobójstwo dubeltowe. Mimo podobieństw, policja nie łączyła ze sobą tych trzech spraw, w końcu ofiary różniło dosłownie wszystko: pozycja społeczna, płeć, wykształcenie, poglądy. Wspólny był jedynie fakt, że żadna z wyłowionych z Odry osób nie miała powodu, by popełnić samobójstwo…

Do Edwarda Popielskiego (pracującego teraz w kancelarii adwokackiej, jako prywatny detektyw) przychodzi hrabia Władysław Zaranek-Plater z nietypowym zleceniem. Jego brat Eugeniusz, matematyk, od lat zafascynowany jest przemiennościami (liczba parzysta, liczba nieparzysta, liczba parzysta itd.). Ostatnie lata życia poświęcił badaniom nad liczbami Belmispara (władcy liczb). Eugeniusz wyznaczył tzw. punkty Belmispara, czyli współrzędne miejsc, które składają się z liczb parzystych i nieparzystych ułożonych naprzemiennie. Uważał, że jeśli miejsce, czas i osoby (wszystko liczone tak samo: naprzemiennie, w przypadku osób: kobieta, mężczyzna, kobieta itd,), czyli trzy czynniki wejdą w punkt Belmispara, władca liczb będzie domagał się ofiary. W ten sposób tłumaczył wszystkie trzy dubeltowe samobójstwa. Co więcej, matematyk uważał, że sam stanie się ofiarą Belmispara, wyznaczył nawet datę swojej śmierci, dlatego poprosił o zamknięcie go w okratowanym mieszkaniu, do którego tylko dwie osoby miały klucze. Hrabia Władysław Zaranek-Plater prosi Popielskiego, aby wyjaśnił, w sposób logiczny okoliczności śmierci samobójców, a w najgorszym wypadku zmusił ich rodziny do fałszywych zeznań, jakoby ich najbliżsi planowali samobójstwo dużo wcześniej. Popielski, z zamiłowania matematyk, z wykształcenia filolog klasyczny, chętnie podejmuje wyzwanie władcy liczb, zwłaszcza, że hrabia proponuje duże honorarium.

Śledząc ostatnie chwile życia samobójców, odwiedzając ich rodziny, zagłębiając się w wyliczenia szalonego matematyka, Popielski coraz bardziej daje się uwieść opowieści o władcy liczb. Chociaż początkowo uważa tezę o istnieniu Belmispara za obłęd, z czasem przekonany jest o tym, że swoim śledztwem uwolnił zło. Z pomocą przychodzi mu Leokadia, kuzynka, z którą jest związany (wyłącznie platonicznie) od 60 lat! Kobieta zauważa, że każdy z samobójców stał przed ważnym dylematem życiowym, a co się z tym wiązało potrzebował rady. Do kogo ludzie zwracają się o pomoc, gdy chcą dokonać istotnego wyboru? Do księdza, wróżki, nauczyciela? Dodatkowo, samobójcy w ostatnim czasie robili sobie zdjęcia. Czyżby na decyzję o ich śmierci wpłynął w jakiś sposób fotograf?

Edward Popielski wydaje się być policjantem nietypowym, jak na współczesne realia. Sprawiedliwość pojmuje wyłącznie subiektywnie. Jest zwolennikiem zasady oko za oko i często – jak to się teraz mówi – poza protokołem, sam wymierza kary. Korupcja, szantaż, groźby, tortury to dla niego podstawowe narzędzia pracy (a dla dzisiejszego przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości? przynajmniej oficjalnie nie). Jest człowiekiem wykształconym, posiadającym przedwojenne maniery, a jednocześnie zepsutym policjantem, który na sumieniu ma wiele grzeszków, drobnych lub większych. Erotomanem, który nie przepuści żadnej pięknej kobiecie. Sam nigdy nie rozwiązałby tylu spraw, gdyby nie Leokadia – nieco wścibska, ale wyrozumiała, lojalna i bardzo inteligentna kuzynka, która drobną, na pierwszy rzut oka nieistotną uwagą, burzy wszystkie mocno stojące fundamenty śledztwa. Najczęściej kierując myśli Popielskiego na właściwy trop. Stanowią wspaniały uzupełniający się – myślę, że można użyć tego słowa – duet.

Władca liczb to kryminalna zagadka, której rozwiązanie następuje w dwóch pokoleniach. Edward Popielski zaczyna, natomiast ostateczne rozwiązanie pozostawia swojemu synowi. Książka pełna makabrycznych opisów i szaleńczych tez. Momentami ziejąca obłędem. Jedyna rzecz, do której można mieć zarzuty to wątek syna Popielskiego – zalatujący intrygą w stylu Mody na sukces.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Marek Krajewski

 

Pozdrowienia z Londynu – Krzysztof Beśka

20 sie

Przyznam szczerze, że bardzo długo czytałam ten kryminał. Początek zachęcający nie był. Niby była tajemnica, zbrodnia, zagadka, czyli wszystko, co kryminał powinien mieć, a jednak historia nie trzymała w napięciu. Dopiero pod koniec akcja nabrała dynamiki. I to jakiej! Końcówkę dosłownie pochłonęłam z wypiekami na twarzy. Ale od początku…

 

Łódź, lata 90. XX wieku, ktoś brutalnie okalecza i morduje młode kobiety, prostytutki. Ich ciała mają zmasakrowane narządy rodne: wycięta łechtaczka. Policja nie radzi sobie ze śledztwem, a morderca  w tym czasie zabija kolejne ofiary. Złapać go może wyłącznie detektyw Stanisław Berg – krzyżówka Pana Lecoq – kameleona, który uwielbia się przebierać w różne stroje, skrywając nie tylko swoją tożsamość, ale i wygląd, z Sherlockiem Holmesem – mistrzem dedukcji. Tylko, że detektyw Berg również zniknął…

 

Ciekawa opowieść wzorowana na historii Kuby Rozpruwacza, a właściwie: przeniesienie Rozpruwacza w łódzkie realia. Genialny detektyw i dynamiczna akcja. Sceny pościgu żywcem wyjęte z Jamesa Bonda. I zakończenie w stylu… Marka Krajewskiego – ponure, tragiczne, niesprawiedliwe. W tej książce nie ma miejsca na happy endy.

Inteligentny autor, który w swojej twórczości łączy najlepsze wątki znanych wzorców. Aż dziwne, ze tak cicho o nim na arenie polskich kryminałów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Krzysztof Beśka

 

Marek Krajewski, Mariusz Czubaj – Aleja samobójców

10 sie

W ekskluzywnym hotelu dla starszych ludzi o nazwie „Eden” (bo wg ludzi od PR nie mówi się już „dom starców”) zostaje zamordowany jeden z klientów, inwalida poruszający się na wózku. Na jego ciele zidentyfikowano mnóstwo ran symbolicznych, jednak zdaniem ekspertów – zadane były przez laika. Mniej więcej w tym samym czasie z „Edenu” znika słynny profesor Czapliński, ekspert sądowy, specjalista od ran symbolicznych. Wszystko ładnie się składa: ofiara i zaginiony, który idealnie pasuje do profilu mordercy. Jednak to by było zbyt proste, prawda?
Na miejsce zbrodni trafia nadkomisarz Jarosław Pater – postać bez wątpienia wykreowana przez Krajewskiego – intelektualista, absolwent filologii polskiej, który ma prawdziwego bzika na punkcie poprawności językowej. Zostaje jednak odsunięty od śledztwa, gdyż nie wiadomo dlaczego, przejmuje je ABW. Ale czy rasowy glina odpuści, tylko dlatego, że grożą mu zawieszeniem? Nie. Rasowy glina, taki jak Pater, weźmie urlop i prywatnie zajmie się sprawą. Oczywiście nie zabraknie starć między nim, a „kolegami” z ABW, bo żaden policjant nie lubi, gdy ktoś wkracza na jego teren, nawet jeśli ta osoba stoi po tej samej stronie. Im nie chodzi o wykrycie sprawcy, czy poznanie prawdy. Oni dbają o to, aby sami przede wszystkim odkryli prawdę!
Pater na własną rękę odkrywa, że zamordowany wcale nie był emerytem! Przeciwnie jego siwizna to efekt farbowania, a inwalidztwo było udawane. Dlaczego? W „Edenie’ wszystko jest podejrzane. Od dyrektora, mającego na sumieniu kilka afer, po pielęgniarza kryminalistę… I jak się okazuje sztuczny staruszek nie był pierwszą osobą, która zginęła w murach „Raju”. Jakie tajemnice kryje ten luksusowy ośrodek i czy Pater odkryje zabójcę? Warto przeczytać, aby się tego dowiedzieć.

Aleja samobójców to kryminał napisany wspólnie przez Krajewskiego i Czubaja. Osoby, które choć raz zetknęły się z książkami tych autorów od razu odgadną, który z nich czuwał nad danym fragmentem czy postacią; gdzie erudycja, perfekcjonizm i dbałość o najmniejszy szczegół Krajewskiego, przeplata się ze specyficznym poczuciem humoru, wyluzowaniem i rockowym sposobem bycia Czubaja. Doskonałe połączenie!

 

Koniec świata w Breslau – Marek Krajewski

09 sie

Wrocław 1927. Samotny, nadużywający alkoholu muzyk został przywiązany do haków w komorze zakładu szewskiego i zamurowany. Bezrobotny ślusarz, aktywny komunista został poćwiartowany we własnym mieszkaniu. Tych dwóch zamordowanych dzieliło wszystko: wiek, wykształcenie, status społeczny, poglądy polityczne. A łączyła tylko jedna rzecz: do ich ciał morderca przyczepił kartkę z kalendarza – data wykonania egzekucji. Wkrótce wrocławska policja znajduje coraz więcej zmasakrowanych zwłok. Wszystkie z kartką z kalendarza. Morderca wyraźnie chce zwrócić uwagę na datę. Ale dlaczego? Czy kalendarz stanowi jakiś szyfr? A może zabójca p

rzypomina o nierozwiązanych zbrodniach sprzed lat? Eberhard Mock będzie musiał zagłębić się w historię miasta i uważnie przejrzeć kroniki kryminalne, aby rozgryźć motyw mordercy.

 

Sprawa kalendarza zbiega się z jego kłopotami małżeńskimi i rodzinnymi. Żona Eberharda Mocka – Sophie potajemnie zaczyna brać udział w perwersyjnych seansach okultystycznych, a jego bratanek, wbrew swoim rodzicom postanawia zostać poetą i wiąże się, ze starszą o 30 lat, notowaną przez kroniki policyjne, artystką. Oba wątki kończą się tragicznie dla głównego bohatera. Czy kryzys w życiu prywatnym odbije się na jego obowiązkach służbowych? Czy Mock dopadnie seryjnego mordercę?

 

Ciekawa powieść Krajewskiego, gdzie jak zwykle uznanie budzi ogromna erudycja i inteligencja autora, bijąca z każdego dialogu i wątku kryminału. Sprawa morderstwa przeplata się z motywami obyczajowo-rodzinnymi, które w kulminacyjnym momencie mają więcej wspólnego z mordercą z kalendarza, niż czytelnik mógłby przypuszczać. Powieść szkatułkowa, w której każdy wątek mają swoje, równie ciekawe wątki. I jak zwykle sprawiedliwość posiada własne oblicze…

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Marek Krajewski

 

Liczby Charona – Marek Krajewski

03 sie

Ile razy sięgam po książki Marka Krajewskiego, jestem pod ogromnym wrażeniem erudycji, wiedzy, perfekcyjnego warsztatu pisarskiego, doskonałej intrygi. Jeśli czytelnik szuka lektury łatwiej i banalnej, gdzie krew leje się strumieniami, a intryga, chociaż wciągająca, sprawia, że po rozwiązaniu zagadki spokojnie przechodzimy do porządku dziennego – źle trafił. U Krajewskiego nie ma pojęcia sprawiedliwości rozumianej, zgodniej z literą prawa. Każdy ma swoją sprawiedliwość. I dlatego kryminały te wzbudzają tyle emocji…

 

Jest 1929 rok. We Lwowie, na strychu brudnej i podejrzanej kamienicy, znaleziono ciało wróżki. Zmarła miała pętlę na szyi. Jednak to nie uduszenie było przyczyną śmierci. Kobieta otrzymała perfekcyjny cios gwoździem w mlecz, czyli stos pacierzowy, który spowodował natychmiastową śmierć. Morderca wyciął zamordowanej płat skóry głowy, razem z włosami i dołączając list, napisany po hebrajsku, wysłał do naczelnika komendy. Nikt jednak, nie potrafi przetłumaczyć tajemniczej wiadomości – jedyny mężczyzna znający języki klasyczne, został wydalony z policji za niesubordynację. Wymiar sprawiedliwości, musi więc szukać eksperta na własną rękę. Czy poradzą sobie bez Edwarda Popielskiego?

 

Komisarz Edward Popielski, po przymusowym zakończeniu pracy we lwowskiej policji, wraca do udzielania korepetycji z matematyki. Zajęcie to jednak wyraźnie wykracza, poza granice jego cierpliwości. Dlatego chętnie przyjmuje zlecenie jako prywatny detektyw. Sprawa, której się podejmuje sprowadza na niego nie tylko ogromne nieszczęście, ale także miłość. A co najważniejsze, łączy się ze śledztwem prowadzonym przez lwowską policję. Czy Popielski wróci do służby? Okazuje się, że jest jedyną osobą, która może dorównać zbrodniarzowi i odczytać szyfr, za pomocą którego zabija. Zbrodniarz posługując się alfabetem hebrajskim i skomplikowanym systemem matematycznym, wylicza datę śmierci, oraz sposób, w jaki zginie dana osoba – jeśli profesja, umieszczona w kwadracie magicznym, zgadza się z imieniem i nazwiskiem – wówczas zabija, nazywając swoje wyliczenia liczbami Charona. Czy Popielski uratuje następną potencjalną ofiarę i złapie szalonego mordercę?

 

Książka genialna! Rewelacyjna intryga, przeplatana, naukowymi zagadkami i obyczajowymi epizodami z życia komisarza. Świetne połączenie zbrodni, miłości i nauki. Jak zwykle emocje budzi mało moralne zachowanie komisarza i wymierzanie sprawiedliwości z perspektywy jednostki. Krajewski całkowicie burzy schemat odpowiedzialności za zbrodnię. Pojawia się również motyw rozprawy sądowej, tak rzadki w powieści kryminalnej, gdzie akcja kończy się wraz z ujawnieniem mordercy. Proces, który się toczy, ma nie tyle udowodnić tezę o zbrodni, sformułowaną przez Popielskiego, co uchronić go przed ostateczną porażką. Czy Popielskiemu uda się wywinąć od odpowiedzialności? U Krajewskiego nie można być pewnym niczego…

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Marek Krajewski

 

Marcin Wroński – Morderstwo pod cenzurą

02 sie
morderstwoPodobno dobrą książkę poznaje się już po kilku pierwszych stronach. Jeśli wciągnie, zaciekawi, czytelnik jest „kupiony”, jeśli nie – jest duża szansa, że może nie doczytać do końca. Niecierpliwych czytelników w końcu nie brakuje. Kłóciłabym się z tą zasadą, zwłaszcza po przeczytaniu kryminału Marcina Wrońskiego Morderstwo pod cenzurą. Nie będę ukrywać, że początek wcale mnie nie porwał. Był trup, była zagadka, ale jakoś to wszystko było mało wciągające. Mam jednak zasadę, że nigdy nie odkładam książki, jeżeli jej nie przeczytam do końca. I choćby była naprawdę nudna, zaciskam zęby i czytam dalej. Może to przyzwyczajenie z lektur szkolnych, a może upór polonisty. Nie wiem. W każdym razie, dobrze, że nie rzuciłam tej książki w kąt.
Lublin 1930 rok. Mieszkańcy przygotowują się do obchodów 11 listopada. Jednak na kilka dni, przed patriotycznym świętem, zostaje brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu, redaktor naczelny prawicowej gazety. Wszyscy upatrują się w tym podtekstu politycznego. Śledztwem zajmuje się Zygmunt „Zyga” Maciejewski, policjant, który nie zawsze postępuje zgodnie z prawem. Postać momentami przypominająca Edwarda Popielskiego, komisarza z utworów Marka Krajewskiego. Jednak pracę operacyjną utrudnia mu policjant, przydzielony do pomocy z komendy głównej. Pytanie tylko: czy ma on faktycznie pomóc, czy nie dopuścić do odnalezienia mordercy? Po pewnym czasie znalezione zostaje ciało cenzora prasowego, pracującego w tej samej gazecie, co zamordowany wcześniej redaktor. Kolejne zwłoki komplikują jeszcze bardziej kryminalną zagadkę. A, jak odkrywa Maciejewski, w sprawę zamieszani są najbardziej wpływowi mieszkańcy Lublina. Czy dojdzie do rozwikłania kryminalnej szarady? Czy może prawda okaże się zbyt niekorzystna dla wysoko postawionych obywateli, aby mogła zostać ujawniona?
Wroński budując fundamenty kryminalnej zagadki, z reportażową dokładnością odtwarza specyfikę miasta, warunki społeczne, tło polityczne i obyczajowe Lublina z I połowy XX wieku. Z intrygi bije ogromna erudycja i wiedza historyczna autora. Akcja, szczególnie pościgi, momentami przypominają dobry film sensacyjny, z dramatycznymi zwrotami wyjętymi wprost z Jamesa Bonda, a otwarte zakończenie budzi wiele emocji.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Marcin Wroński